Ostatnie stada do obór ściągały; od wsi, z pól, z miedz już niedojrzanych buchały niekiedy jazgotliwe śpiewki pastusze i długie, przeciągłe poryki. Zaś naród śpiewał, wpatrzony w jasną twarz Matki, co wyciągała błogosławiące ręce nad wszystkim światem:
Dobranoc, wonna lilija,
Dobranoc!467
Zapach młodych brzóz powiał ze smętarza. I wraz też słowiki jęły jakby próbować gardzieli, wyciągać rwaną nutą, wzbierać mocą, jaże w końcu buchnęły złote, spienione strugi, jaże polały się te trele perliste, te kląskania cudne i te lube, rzewliwe zawodzenia. Zaś niedaleko ze zbóż ozwały się też pana Jackowe skrzypice, przywtarzając ludziom tak słodko, cichuśko a przejmująco, jakby to te żytnie, rdzawe kłosy dzwoniły o się, to złote niebo lebo przyschła ziemia taką pieśnią zagrała majową.
I już wraz śpiewali wszystkie — i naród, i ptaszkowie, i skrzypice, a kiej na to oczymgnienie ustawali, kiej słowiki tak się zaniesły, aże cichło, a struny jakby tchu nabierały, wtedy nieprzeliczony żabi chór podnosił rechotliwe głosy i grał zgodliwym skrzekiem i nukaniem468 przeciągłym.
I tak już szło na przemiany.
Długo się owo nabożeństwo ciągnęło, jaże kowal zaczął przyśpieszać; wydzierał się mocno, nad drugimi górując, a często wołał za siebie:
— Pośpieszajta się, ludzie... — że to opóźniali się z nutą niektóre.
A nawet raz huknął na Maciusia Kłębowego:
— Nie drzyj się, jucho, boś nie za bydłem!