— Gulbasiaka to sprawka, on pierwszy do psich figlów!
— Rzemieniem by ich złoić, co mają ludzi trwożyć po próżności!
Wyrzekali z oburzeniem, rozchodząc się z wolna po chałupach.
Jeszcze gdzieniegdzie stojali kupkami nad stawem sczerwienionym od zórz, gdy się pokazały komornice z ciężkimi brzemionami drzewa na plecach. Kozłowa szła na przedzie, jaże wpół zgięta pod ciężarem, i dojrzawszy ludzi, wsparła się brzemieniem o drzewo.
— Sołtys waju dobrze ocyganił! — powiedziała, ledwie zipiąc z utrudzenia. — Zabitych w lesie nie było, to prawda, ale może co gorszego.
I skoro zebrało się więcej ludzi, zwabionych jej głosem, puściła ozór:
— Wracalim podleśną drogą ku krzyżowi, aż tu Gulbasiak leci naprzeciw i krzyczy zestrachany: „Pod jałowcami jakieś zabite leżą!”. „Zabite, to zabite”, myślę, „ale warto zawdy obejrzeć”. Poszłyśmy... Widzim z dala, prawda, leżą jakieś ludzie kieby nieżywe... Jeno im kulasy sterczą spod jałowców. Filipka me ciąga, by uciekać... Grzelowa już pacierz trzepie i mnie też mróz po plecach chodził, alem się przeżegnała, podchodzę bliżej... Patrzę... A to pan wójt leży przez kapoty, a pobok Jagusia Borynowa... I śpią se w najlepsze. Spili się w mieście, gorąc był, to se chcieli wypocząć w chłodzie i pojamorować. Jaże buchała od nich gorzałka! Nie budzilim: niech świadki przyjdą, niech cała wieś obaczy, co się wyprawia! Wstyd mówić, jak była rozdziana, jaże Filipka z litości przyokryła ją zapaską. Czysta sodoma. Stara jestem, a jeszcze o takim zgorszeniu nie słyszałam. Sołtys zaraz przyjechał i budził. Jagna w pola uciekła, zaś pana wójta ledwie na wóz wdygowali, spity był kiej świnia!
— Jezus, tego jeszcze w Lipcach nie bywało — jęknęła któraś.
— Żeby to parobek z dziewką... Ale to gospodarz, ociec dzieciom i wójt!
— A Boryna ze śmiercią się mocuje, wody mu nie ma kto podać, a ta...