Ale tym ci lepiej baczyła tamtego Antka, tamtego z dni miłowań i szałów, z dni schadzek i przytulań, całunków i uniesień... Tamtego, ku któremu teraz, w niespane często noce wydzierała się jej dusza i rozprężone udręką serce krzyczało żalem i tęsknicą nieopowiedzianą.
Do tamtego... Z tamtych dni szczęścia rwała się Jagusina dusza, ani wiedząc, kędy jest i żywie-li on gdzie we świecie szerokim...
Ano i teraz snuł się jej przez pamięć jako ten sen luby, z którym się ciężko rozstawać, kiej znowu rozległ się wrzaskliwy głos Hanki.
— Kiej pies odarty tak się wydziera i dunderuje217! — szepnęła, rozbudzona z przypominków.
Słońce już bokiem zaglądało, rozczerwieniając mrocznawą izbę; ptaki radośnie ćwierkały w sadzie; podnosiło się ciepło, bo z dachów kieby szklanymi paciorkami spływał przymrozek. A przez wywarte okno wraz z wietrzykiem porannym buchał krzyk gęsi, trzepiących się w stawie.
Krzątała się po izbie kiej szczygieł, z cichą przyśpiewką, boć to niedziela była i czas nadchodził szykowania się do kościoła z palmami; już owe pędy łozy czerwonej, pokryte srebrzystymi kotkami, stały w dzbanku od wczoraj, pomdlałe nieco, że to im wody zapomniała nalać. Poczęła je właśnie troskliwie cucić, gdy Witek wrzasnął przez drzwi:
— Gospodyni kazali, byście swoją krowę napaśli, aż z głodu ryczy!
— Powiedz, że wara jej od krowy mojej! — odkrzyknęła w cały głos, nasłuchując, co tamta wyszczekuje na odzew. — A pyskuj, póki ci gęba nie ustanie. Nie dowiedziesz me dzisiaj do złości!
I jęła najspokojniej wybierać ze skrzyni ubiory, rozkładając je po łóżku, rozpatrując, w jakie by się przyodziać do kościoła. Naraz — kiej ta chmura padnie na słońce, iż się wszystek świat przyciemni — tak ci i w niej dziwnie pomroczało. Po cóż się to przybierać będzie i stroić? Dla kogo?
La tych babskich ślepiów, zazdrośnie taksujących każdą jej wstążkę i potem za to obnoszących ją na ozorach?