— Juści, wójt trąba, głowy do niczego nie ma i wyprawia takie historie, że posłuchu mieć nie może w narodzie. Żeby choć Antek wrócił!
— Wróci niezadługo, wróci! Ale kto go to posłucha? — oczy jej rozbłysły.
— Jużeśmy o tym z Grzelą i chłopakami radzili, że jak powróci, to już my razem zrobimy we wsi porządek. Obaczycie!
— Byłby czas. Dyć wszystko się rozwodzi jak te koła bez luśni491.
Doszli wraz do chałupy. Na ganku siedziała już gromada.
Mieli ruszyć w kilkunastu gospodarzy i co przedniejszych parobków, chociaż zrazu cała wieś napierała się iść — jak wtedy na bór.
Zebrali się, oczekując z niecierpliwością na resztę.
— Wójt także powinien z nami iść! — zauważył któryś, ostrugując kij.
— Do powiatu wezwał go naczelnik. Pisarz mówił, co po to, aby zwołać zebranie i uchwalić szkołę w Lipcach i Modlicy.
— Niech zwołują. Przeciek nie uchwalim! — zaśmiał się Kłąb.