Jeno krótko to trwało, bo biały dzień się już robił. Zorze zrumieniły niebo i zagrały brzaskami w powietrzu, rosy skapywały z drzew, ptaki zaświergotały po gniazdach i na wsi już się kajś niekaj rozlegały beki owiec i porykiwania stad wypędzanych na pastwiska, zaś ktosik zaczął naklepywać kosę, że cieniuśki, ostry brzęk rozdzwaniał się przenikliwie.
Hanka co jeno rozdziawszy się z drogi, pobiegła do Boryny. Leżał w półkoszku pod drzewami, przykryty pierzyną i spał.
— Wiecie! — zaszeptała, targając go za rękę — Antek za trzy dni powróci. Odstawili go do guberni, Rocho pojechał za nim z pieniędzmi, zapłaci tam okup i razem już powrócą!
Stary siadł raptem. Przecierał oczy i jakby słuchał, ale wnet się zwalił w pościel i zaciągnąwszy pierzynę na głowę, jakby zasnął znowu.
Nie było z nim co gadać i akuratnie kosiarze wchodzili w opłotki.
— Kole kapuśnisków położylim wczoraj łąkę — objaśniał Filip.
— A idźcie dzisiaj za rzekę, przy kopcach, Józka pokaże wama.
— To ta na Kaczym Dołku, karwas tego galanty.
— I trawa po pas jak bór, nie taka jak wczorajsza.
— Taka to kiepska, co?