Stali przed nim, nie wiedząc, co począć, gdy naraz przechylił się i leciał bezwładnie na ziemię.
— Nie bój się, Hanuś... Zemgliło me... Antek w polu, co? W polu? — powtarzał, kiej go znowu ułożyli na pierzynie.
— Juści... Od świtania... — jąkała, bojąc się przeciwić.
Rozglądał się bystro i cięgiem gadał. Ale co jedno słowo rzekł do rzeczy, to dziesięć całkiem płonych. I znowu jął się gdziesik wyrywać, chciał się ubierać i o buty wołał, to chwytał się za głowę i tak przeraźliwie jęczał, jaże się na drogi rozchodziło. Hanka, rozumiejąc, jako na koniec już mu przychodzi, kazała go przenieść do chałupy i przed wieczorem posłała po księdza.
Przyszedł wkrótce z Panem Jezusem, ale go jeno świętymi olejami namaścił.
— Więcej mu już nie potrzeba, lada godzina uśnie... — powiedział.
Na odwieczór naszło się narodu, bo zdawał się konać, że Hanka już mu gromnicę wtykała, ale się jakoś uspokoił i zasnął.
Zaś nazajutrz było tak samo. Poznawał ludzi, rozmawiał przytomnie, to całe godziny leżał kiej trup. Siedziała przy nim kowalowa nieodstępnie, a Jagustynka chciała go okadzać.
— Dajcie spokój, jeszcze ogień zaprószycie — burknął niespodzianie; a gdy w południe przyleciał kowal i zaglądał mu w przywarte oczy, to ozwał się znowu z dziwnym prześmiechem: — Nie frasuj się, Michał... Już teraz wam dojdę... Niezadługo dojdę...
Odwrócił się do ściany i więcej nic nie powiedział. Ale że widać było, jako słabnie i coraz barzej zapada, to go już pilnowali — a głównie Jagusia, z którą też wyprawiały się jakieś dziwności.