Jakieś ptaki zakrzyczały żałośnie. Wiater załkał mu nad głową. Mgły owijały go w mokrą przędzę, a głosy wciąż rosły, olbrzymiały, ze wszystkich stron biły jękliwie, nieprzerwanie:
— Gospodarzu! Gospodarzu!
Dosłyszał wreszcie, że rozglądając się wołał cicho:
— Dyć jestem! Czego? Co?
Przygłuchło naraz dokoła, dopiero kiej znowu ruszył posiewać ociężałą już i pustą dłonią, ziemia przemówiła w jeden chór ogromny:
— Ostańcie! Ostańcie z nami! Ostańcie!
Przystanął zdumiony. Zdało mu się, że wszystko ruszyło naprzeciw — pełzały trawy, płynęły rozkołysane zboża, opasywały go zagony. Cały świat się podnosił i walił na niego, że strach go porwał. Chciał krzyczeć, ale głosu już nie wydobył ze ściśniętej gardzieli. Chciał uciekać — zabrakło mu sił i ziemia chwyciła za nogi; plątały go zboża, przytrzymywały bruzdy, łapały twarde skiby, wygrażały drzewa zastępujące drogę, rwały osty, raniły kamienie, gonił zły wiater, błąkała noc i te głosy, bijące całym światem:
— Ostańcie! Ostańcie!
Zmartwiał naraz. Wszystko przycichło i stanęło w miejscu. Błyskawica otworzyła mu oczy z pomroki śmiertelnej, niebo się rozwarło przed nim, a tam w jasnościach oślepiających Bóg Ociec, siedzący na tronie ze snopów, wyciąga ku niemu ręce i rzecze dobrotliwie:
— Pódziże, duszko człowiecza, do mnie. Pódziże, utrudzony parobku...