Zerwała się ze skrzyni, strach ją przejął i za serce ścisnął, że słowa nie mogła wykrztusić.
— Zdrowy całkiem i dobrej myśli. Choć strażnik nas pilnował, rozmawiałem z nim dobrą godzinę.
— W tych żelazach siedzi? — wykrztusiła strachliwie.
— Cóż znowu! Zwyczajnie, jak i drudzy... Nie jest mu tam tak źle, nie bójcie się.
— Bo Kozioł rozpowiadał, jako tam biją i do ściany przykuwają.
— Może tak i bywa gdzie indziej... Za co inszego... Ale Antka nie tknęli — powiadał.
Spletła ręce z radości, a uśmiech kiej słońce przemknął po niej.
— A na odchodnym zapowiedział, byście, na nic nie bacząc, wieprzka zabili jeszcze przed świętami, bo i on chce święconego zażyć.
— Głodzą go tam, chudziaka, głodzą! — jęknęła zawodliwie.
— Kiej ociec mówili, że jak się podpasie, to przedadzą — zauważyła Józka.