Głos miał rozbity, obcy jakiś.
— Zwiesna idzie, ciepło... — jąkała.
— Wstali to? Czas w pole...
Nie wiedzieli, co rzec, spoglądając na siebie; ino Magda ryknęła płaczem.
— Swojego bronić! Nie dajta się, chłopy!
Krzyczał, ale słowa mu się rwały, jął się trząść i gibać w Hanczynych rękach, że kowalowie chcieli ją wyręczyć. Nie popuściła jednak, mimo że już mdlały jej ramiona i grzbiet. Patrzali w niego z trwogą, czekając, co powie.
— Jęczmiona by siać pierwsze... Do mnie, chłopy! Ratunku! — krzyknął naraz strasznie, wyprężył się i padł w tył; oczy mu się zwarły, zarzęział.
— Umiera! Jezus! Umiera! — wrzeszczała Hanka, targając nim z całej mocy.
A Magda wnet zapaloną gromnicę wtykała mu w bezwładną rękę.
— Księdza, prędzej, Michał!