Juści, że przysiadła na brzeżku, ledwie płacz powstrzymując.
— W komorze znajdziesz nieco grosza... Schowaj, by ci go nie wydarli...
— Gdzie?
Trzęsła się już ze wzruszenia.
— We zbożu...
Mówił wyraźnie, odpoczywając po każdym słowie, a ona, tłumiąc strach jakiś, cała była w jego oczach, świecących dziwnie.
— Antka broń... Pół gospodarki sprzedaj, a nie daj go... Nie daj... Twoje...
Nie skończył już, posiniał i zwalił się na pościel; oczy mu przygasły i zasnuły się mgłą. Bełkotał jeszcze cosik i jakby próbował się podnieść.
Hanka zakrzyczała ze strachu. Przybiegli wnet kowalowie, cucili, wodą zlewali, ale już nie oprzytomniał i jak przódzi leżał drętwy, nieruchomy, z otwartymi oczyma, daleki od tego, co się przy nim działo.
Długi czas przesiedzieli przy nim, kobiety płakały cicho, a nikto nie rzekł i słowa. Zmierzch już zapadał, izba pogrążała się w cieniach, kiej wyszli społem na dzień dogasający, że już jeno w stawie tliły się resztki zórz zachodnich.