Sklął ją, co wlazło, i poniósł się na wieś.
Noc wkrótce zapadła ciemna; chmurzyska przysłoniły niebo, że ni jeden gwiezdny migot się nie przedzierał. Wstawał wiatr i miecił z wolna drzewinami, iż poszumiwały głucho i smutnie — szło znowu na jakąś odmianę.
W Hanczynej izbie było jasno i dość gwarno, ogień trzaskał na kominie, wieczerza się dogotowywała. Kilka starszych kobiet z Jagustynką na czele pogadywały różności, Józka zaś z Nastką i z Jaśkiem Przewrotnym siedziały na ganku, bo Pietrek wyciągał na skrzypicach taką nutę żałosną, aż się im na płacz zbierało. Jeno Hanka nie mogła usiedzieć na miejscu, wciąż rozmyślając nad Borynowymi słowami, a co trocha zaglądając na drugą stronę...
Ale cóż? Nie sposób teraz było w komorze szukać — Jagna siedziała w izbie, układając świąteczne szmaty we skrzyni.
— Pietrek, a przestań, przecież to już prawie Wielki Poniedziałek, a ten dudli237 a dudli... Grzech! — zgromiła go, tak roztrzęsiona w sobie, że jej się płakać chciało; juści, że przestał i wszyscy przyszli do izby.
— O tym dziedzicowym bracie, głupim Jacku, mówimy — objaśniała któraś.
Nie mogła jednak wyrozumieć, o czym mówią, gdyż psy zaczęły coś głośno szczekać w opłotkach, aż znowu wyjrzała, podszczuwając jeszcze. Łapa rzucił się zajadle w sad...
— Huzia go, Łapa! Weź go, Burek! Huzia!
Ale psy zmilkły nagle i powróciwszy, skamlały radośnie.
I niejeden raz tego wieczoru było tak samo, że wstało w niej jakieś strachliwe podejrzenie.