— Byście mądrą byli i język za zębami trzymali, to o tym, gdyby się pieniądze znalazły, możem ino na spółkę wiedzieć. Znalazłby się większy grosz, to by było łacniej i Antka wykupić z kreminału... A po co drugie wiedzieć mają? Jagna ma dosyć zapisu... I można by też na proces mieć, by jej te morgi wyprawować... A Grzeli mało to posyłali do wojska! — szeptał, nachylając się do niej.

— Prawdę mówicie... Juści... — jąkała, strzegąc się, by z czym się nie wyrwać.

— Rachuję, że musiał kaj w chałupie schować... Jak uważacie?

— Wiem to, kiej mi o tym ni słówkiem nie zatrącił?

— O zbożu wam cosik wczoraj prawił... Nie baczycie to? — podsuwał.

— Juści, że o siewach wspominał.

— I o beczkach cosik powiadał — przypominał, nie spuszczając z niej oczu.

— Jakże! Boć w beczkach stoi zboże do siewu! — zawołała, niby nie rozumiejąc.

Zaklął z cicha, ale się teraz utwierdzał coraz bardziej, że ona coś wie. Wyczytał to z jej twarzy zamkniętej i z oczu zbyt przyczajonych i trwożnych.

— A com waju zawierzył, nie rozpowiadajcie...