Hanka zrazu jeno raz jeden zajrzała do nich, czatując w izbie na wyjście Jagny, by wtedy zabrać mięso do swojej komory i spenetrować zarazem beczki ze zbożem. Ale jakby na złość Jagna ni krokiem nie ruszała się z chałupy, że już nie mogąc wstrzymać, zaglądała do chorego, to zamówiwszy się o coś, wlazła do komory.
— Czegoj szukacie? Dyć wiem, gdzie co jest, to wama pokażę! — wołała Jagna, idąc za nią, że trzeba było wychodzić, ledwie co wraziwszy ręce we zboże, a pieniądze mogły być głębiej, na spodzie...
Zrozumiała też rychło, że tamta jej stróżuje, więc choć po niewoli, dała spokój, odkładając swoje zamysły na sposobniejszą porę.
„Trza się wziąć do szykowania podaronków”, pomyślała, żałośnie przyglądając się kiełbasom, rozwieszonym na drążku. We zwyczaju bowiem było u Borynów i co pierwszych gospodarzy, iż któren świnię zaszlachtował, ten zaraz nazajutrz rozsyłał w podarunku — najbliższym krewniakom albo z którymi przyjacielstwo trzymał — po kiełbasie lebo czego inszego po kawale.
— Juści, łacno nie jest, ale dać musisz. Powiedziałyby, co żałujesz... — rzekł naraz Bylica, utrafiając w sam raz w żałośliwe strapienia.
Więc chocia serce ściskał żal, jęła rychtować na talerzach i miseczkach z ciężkim westchnieniem, zmieniając nie po raz jeden zbyt krótkie kawałki na dłuższe, to przydając niektórym po kawale kiszki, to znowu odbierając — aż w końcu, zmęczona i rozbolała, przywołała Józki.
— Przyodziej się pięknie i rozniesiesz po ludziach...
— Jezus, tylachna wszystkiego!
— Cóż poredzić, kiej trzeba! Sam Maciek stłoczy, ale sam nie wyskoczy! Te dłuższe nieś stryjnie najpierw; zbójem na mnie patrzy, pyskuje, ale nie ma rady. To ci z miseczkom wójtom; łajdus on, ale z Maciejem żyli w przyjacielstwie i może być w czym pomocny. Cała kiszka, kiełbasa i kawał boczku la Magdy, la kowali; niech nie szczekają, że sami zjadamy ojcowego świniaka. Juści, całkiem im tym pyska nie zatka, ale przyczepkę będą miały mniejszą... Pryczkowej tę tu kiełbasę; harda, wynośliwa287, pyskata, ale z przyjacielstwem szła pierwsza... Kłębowej ten ostatni...
— Dominikowej to nie ślecie?