— Czego się to głupiemu zachciewa! — mruknął Boryna, przeżegnał się i poszedł pieszo, bo liczył, że się po drodze przysiędzie do kogo; jakoż i zaraz tak się stało, bo tuż za karczmą dopędził go organista, jadący bryczką w parę tęgich koni.
— Cóż to, na piechty, Macieju?
— La zdrowia... Niech będzie pochwalony.
— Na wieki. Siadajcie z nami, zmieścimy się! — proponowała organiścina.
— Bóg zapłać. Doszedłbym, ale jak powiadają, zawżdy milej duszy, kiej ją wóz ruszy — odrzekł sadowiąc się na przednim siedzeniu, plecami do koni.
Podali sobie przyjaźnie ręce z organistami i konie ruszyły.
— A pan Jaś skąd się wziął, to już nie w klasach? — zapytał chłopca, siedzącego z parobkiem i powożącego.
— Przyjechałem tylko na jarmark! — zawołał wesoło organiściuch.
— Zażyjcie, francuska... — proponował organista pstrzykając w tabakierkę.
Zażyli i pokichali solennie.