— Świnie drogie?
— Bogać tam drogie, spędzili tyla, że nie wiada, kto to rozkupi.
— Są ludzie z Lipiec?
— O, hań tam mają prosięta Kłęby, a i Szymek Dominików stoi przy wieprzku.
— Uwińta się rychło, to se ździebko popatrzycie na jarmark.
— Już też i ckno tak siedzieć.
— Wiele dają za maciorę?
— Trzydzieści papierków, powiadają, że niedopasiona, bo ino w gnatach gruba, a nie w słoninie.
— Ocyganiają, jak ino mogą... ale, ma ci słoninę na jakie cztery palce... — rzekł, omacawszy maciorze grzbiet i boki. — Wieprzak chudy na bokach, ale portki ma niezgorsze na szynki — dodał spędziwszy go z mokrego piasku, w którym do pół boków leżał zanurzony.
— Za trzydzieści pięć sprzedajcie, zajrzę do Antka ino i zaraz do was przylecę. Jeść wam się nie chce?...