Wielgachne, prawieczne drzewa wynosiły się nad nią, kościelna wieża szarzała skroś gałęzi, zaś czarne ramiona krzyżów wychylały się spoza kamiennego ogrodzenia na dachy i drogę wiodącą przez wieś.

Wójt nie wypatrzywszy niczego postawił przy ludziach jednego ze sołtysów, a sam wszedł do kancelarii, kaj2484 cięgiem2485 ktoś wchodził i wychodził, że to pisarz co trochę wywoływał któregoś z gospodarzy, z cicha przypominając zaległe podatki, niezapłaconą składkę na sąd albo jeszcze i coś lepszego. Juści, co ta nikomu nie szły w smak takie wypominki, ale słuchali wzdychający, bo cóż było robić teraz na ciężkim przednówku? Mogli to płacić, kiej2486 niejednemu już i na sól nie starczyło, to mu się jeno2487 w pas kłaniali, jaki taki nawet go w rękę całował, zaś poniektóry i tę ostatnią złotówczynę w nadstawioną garść wtykał, a wszystkie jednako skamlały o poczekanie do żniw lub do najbliższego jarmarku.

Z pisarza chytra była sztuka i przemądrzała, łupił też naród2488 ze skóry, jaże2489 trzeszczało, niby to wszystko obiecywał, a kogo strachał2490 strażnikami, komu bakę w oczy świecił2491, z kim był za pan brat, a od każdego cosik wycyganił, to owsa mu zbrakło, to potrza było młodych gąsek la2492 naczelnika, to przymawiał się o słomę na powrósła2493, że radzi nieradzi przyobiecali, co jeno chciał, on zaś na odchodnym brał co znajomszych na stronę i radził im niby to z przyjacielstwa:

— A uchwalcie na szkołę, bo jak się będziecie sprzeczali, to naczelnik może się rozgniewać i gotów wam jeszcze popsuć zgodę z dziedzicem o las — przestrzegał lipeckich ludzi.

— Jakże to, zgodę robim z dobrej woli! — zdumiał się Płoszka.

— Prawda, ale nie wiecie to: pan z panem zna się, a chłopu zasię2494.

Płoszka odszedł wielce sfrasowany2495, pisarz zaś dalej wywoływał ludzi, a coraz to z drugich2496 wsi, każdego strasząc czym innym, a do jednego niewoląc, że w mig się o tym rozniesło2497 między gromadą.

A niemała kupa zebrała się narodu, zeszło się bowiem przeszło dwieście chłopa, którzy zrazu stojali wsiami, swojaki przy swojakach, że łacno rozeznał, które są z Lipiec, które z Modlicy, a które z Przyłęka lub z Rzepek, bo każda wieś znaczyła się jenszymi2498 ubierami2499, ale skoro się jeno2500 rozeszło, jako2501 trzeba głosować na szkołę, gdyż tak chce sam naczelnik, jęli2502 się mieszać, przechodzić z kupy do kupy i stowarzyszać wedle upodoby2503, że tylko jedna rzepecka szlachta trzymała się z osobna, zadzierzyście a hardo spozierając na chłopów, choć to biedota była taka, że jak się z nich prześmiewali, trzech wypadało na jeden krowi ogon; reszta zaś narodu, splątana kiej2504 grochowiny, poroztrząsała2505 się po placu, sporo chroniło się w cieniu smętarza i przy wozach.

Głównie cisnęli się pod wielką karczmę, stojącą naprzeciw kancelarii w kępie drzew jakoby w tym gaju cienistym, tam się najskwapniej ciżbiąc2506, bo chociaż chłodnawy wiater niezgorzej kolebał polami, spieka2507 jednak podnosiła się okruteczna, dogrzewało, że już niejeden ledwie zipiał i w piwie szedł szukać ochłody. Bez2508 to i karczma była przepełniona, i pod drzewami stali kupami gwarząc z cicha i deliberując2509 nad ową nowiną, wraz też dając pilne baczenie na kancelarię i na pisarzowe mieszkanie po drugiej stronie domu, kaj2510 rwetes2511 i krętanina2512 były coraz większe.

Od czasu do czasu pisarzowa wytykała oknem spaśną2513 gębę i krzyczała: