— Niechby się kaj schował, trza go przestrzec, juści... — jąkał Bylica.
— A może to co drugiego, może to z wójtem sprawa — wtrącił nieśmiało Stacho.
— Na wszelki przypadek lecę go przestrzec! — zawołał Grzela i buchnął we zboża, przebierając się ogrodami do Borynów.
Antek siedział w ganku nakuwając sierpy na kowadełku i porwał się strwożony, dowiedziawszy się, o co idzie.
— Właśnie, co jeno przyszli. Rochu, a chodźcie no do nas! — krzyknął.
— Co się stało? — pytał stary wyściubiając głowę przez okno, ale nim mu rzekli, przyleciał srodze zaziajany Michał organistów.
— Wiecie, a to do was, Antoni, walą żandarmy! Już są nad stawem...
— To po mnie! — jęknął Rocho zwieszając smutnie głowę.
— Jezus, Maria! — krzyknęła Hanka stając w progu i uderzyła w płacz.
— Cicho! Trza zaradzić jakoś — szeptał Antek tężąc myślą.