Wracali do wsi, Mateusz się krzywił i jakoś boleśnie i ciężko wzdychał.
— Widzę, co ci markotno i żal — wtrącił ostrożnie Antek.
— Zaśbym ta żałował, już mi kością w gardle stanęła. Co inszego mnie trapi.
Antek się zdumiał, ale nijakoś było się rozpytywać.
— Czasu by nie chwaciło3153, żebym miał każdej żałować! Wpadła mi w pazury, to i wzionem3154, każdy by zrobił to samo! Nie bój się, użyłem jak pies w studni, bo com się musiał nasłuchać beków i wyrzekań, to starczyłoby la3155 dziesięciu. Uciekałem, to kieby3156 cień szła za mną. Niechże i Jasiek się nią nacieszy. Nie kochanice mi w głowie, a jeno3157 całkiem co drugiego.
— Pewnie, że pora by ci się żenić.
— Właśnie i Nastka mówiła mi to samo.
— Dzieuch3158 we wsi jak maku, nietrudno wybrać.
— Już mam z dawien dawna cosik3159 upatrzonego — wyrwało mu się bezwolnie.
— To me3160 proś w dziewosłęby i sprawiaj wesele choćby zaraz po żniwach.