Odprowadzała ich cała wieś, zaś wozy zawalone tobołami szły na zajdach3350. Ale mimo wczesnej godziny upał się już wzmagał, słońce ślepiło oczy i kurz podnosił się tumanami, że szli jakby w tych szarych, duszących obłokach.
Jagusia szła z matką i z drugimi, była strasznie zmizerowana, trzęsła się w sobie z żałości, a łykając gorzkie, sieroce łzy patrzyła w Jasia kieby3351 w to słońce, juści3352, co3353 z dala, bo organiścina z dziećmi nie opuszczała go ani na chwilę, że nie było sposobu przemówić do niego ni nawet stanąć mu w oczach.
Mateusz mówił cosik3354 do niej, to matka, to drugie, cóż, kiej3355 tylko jedno wiedziała, że Jasio na zawsze odchodzi, że już go nigdy nie zobaczy, przenigdy.
Pod figurą na Podlesiu pożegnali kompanię, która zaraz pociągnęła dalej, wśród śpiewań oddalając się coraz barzej3356, aż i zginęła całkiem z oczów, a tylko kajś3357 w rozsłonecznionych dalach, nad drogami, podnosiły się kłęby kurzawy.
— Laczego? laczego? — jęczała wlekąc się niby trup za powracającymi do wsi.
— Padnę i zamrę! — myślała czując w sobie jakby poczynanie się śmierci, szła coraz wolniej i ciężej, wyzbyta ze sił skwarem, zmęczeniem i tą straszną udręką.
— I cóż ja teraz pocznę, co? — pytała, zapatrzona w ten dzień dziwnie pusty i boleśnie ślepiący.
Czekała z upragnieniem nocy i cichości, ale i noc nie przyniesła3358 jej folgi3359 ni ukoju3360, tłukła się do samego świtania kole3361 chałupy, szła na drogi, poleciała nawet na Podlesie pod figurę, kaj3362 ostatni raz widziała Jasia, i zapiekłymi od męki oczami szukała na szerokiej, piaszczystej drodze jakby śladów jego kroków, choćby cienia po nim, choćby tej grudki ziemi tkniętej przez niego.
Nie było, nie było la3363 niej nic i nikaj3364, nie było już zmiłowania i poratunku.
Zabrakło jej w końcu nawet łez, zabite smutkiem i rozpaczą oczy świeciły kiej3365 studnie niezgłębionej boleści.