— Rzekłeś, jakbyś z nimi trzymał — zawarczał z groźnym wyrzutem.
— Z nikim nie trzymam, ale i tyla mi do niej, co do tego kamienia.
— Ratuj, Antek, poradź co niebądź. Laboga, już mi się we łbie mąci! pomiarkuj ino3454, cóż ona pocznie, kaj3455 się podzieje? A psiekrwie, zbóje, wilki jedne. Siekierę chyba chycę3456 i będę rąbał, a nie dopuszczę, nie dopuszczę!
— Nic ci nie pomogę. Postanowili, to cóż znaczy jeden sprzeciw, nic.
— Masz do niej złość! — zawrzeszczał niespodzianie.
— Mam złość czy nie, nic komu do tego — powiedział surowo i wsparty o studnię zapatrzył się kajś3457 daleko. Bolesnym kłębem zwiły się w nim jeno przytajone a wiecznie czujne miłowania i zazdroście3458, że chwiał się w sobie z pojękiem niby drzewo targane przez wichurę.
Obejrzał się naraz, Mateusza już nie było, a wieś wydała mu się jakaś obca i dziwnie przykra, i strasznie rozwrzeszczana.
Prawda, co3459 i ten dzień pamiętny także był jakiś niezwyczajny. Słońce wlekło się blade i jakby obrzękłe, duszno było na świecie i strasznie gorąco, niebo wisiało nisko, zawalone paskudnymi chmurzyskami, wiater3460 zrywał się co chwila i zamiatał, a nad drogami podnosiły się kłęby kurzawy, miało się3461 na burzę, kajś3462 nad borami jakby się łyskało.
Zaś między ludźmi już się srożyła sielna3463 zawierucha, latali po wsi kieby3464 poszaleli, kłótnie wrzały po wszystkich chałupach, jakieś baby pobiły się nad stawem, psy ujadały bezustannie, prawie nikt nie wyszedł w pole do roboty, bydło niewypędzone na paszę ryczało po oborach, nawet mszy tego dnia ksiądz nie odprawił i wyjechał równo ze świtem, zamęt podnosił się coraz większy i niespokojność rosła z minuty na minutę.
Antek dojrzawszy, że w organistowych opłotkach zbiera się coraz więcej narodu, wziął kosę na ramię i śpiesznie poszedł w pole pod las.