Jambroży zapalił fajkę, pykał w komin, to poprawiał głownie i dorzucał gałęzi i raz wraz spoglądał na kobiety, ważył cosik w głowie i układał.
— Były pono u was swaty?
— Abo to jedne.
— Nie dziwota, Jagna kiej malowana. Dobrodziej powiedział, że i w mieście nie spotkać piękniejszej.
Jagna poczerwieniała z ucieszności.
— Tak powiedział! Niech mu Bóg da zdrowie! Dawno się już zbierałam zanieść na wotywę, dawno, ale jutro zaraz zaniesę.
— Przysłałby tu jeszcze ktoś z wódką, ino się boją ździebko... — zaczął po cichu.
— Parobek?... — zapytała stara nawijając na turkoczące po podłodze wrzeciono.
— Gospodarz na całą wieś, rodowy... ale wdowiec.
— Dziecków cudzych kolebała nie będę...