— Hale... dzieci nas wyklinać będą...
— Będzie galanto, ja, wójt, to wama mówię.
Weszli zaraz do chałupy Dominikowej.
W izbie było widno, zamieciono, czysto — spodziewali się ich przecie.
Dziewosłęby pochwalili Boga, przywitali się kolejno ze wszystkimi, bo i chłopaki siedzieli w izbie, usiedli na przysuniętych do komina stołkach i jęli pogadywać to o tym, to o owym.
— A to ziąb, jakby już na mróz szło — zaczął wójt ogrzewając ręce.
— Przeciech nie na zwiesnę idzie, to i nie dziwota!
— Zwieźliście już kapustę, co?
— I... ostało tam na kapuśnisku ździebko, ale teraz nie dojedzie — odpowiadała stara spokojnie i chodziła oczami za Jagną, która pod oknem motała na motowidło przędzę w parniki, a była dzisiaj tak urodna, że wójt, chłop młody jeszcze, spoglądał na nią łakomymi oczami — ale w końcu zaczął:
— Że to plucha, błocko i ćma, tośwa z Szymonem wstąpili do was po drodze; przyjęliście nas godnie, ugościli dobrym słowem, to cheba co stargujemy u was, matko...