— Toście zaraz z wieczora poszli?...
— Tak, poszedłem na dworskie, pod las, bo tam na oziminę lubią kozy wychodzić... Ćma była, tom siedział długo... aż tu na świtaniu rogacz idzie... Przyczaiłem się tak, że ino z pięć kroków był ode mnie... nie strzeliłem, bo okrutny był, kiej wół... to myślę... nie uredzę... Puściłem go... a w jaki pacierz abo dwa... łanie wyszły... Wybrałem se najlepszą... inom przyłożył, jak nie huknie! Tęgom nabił, ba, aże mi ramię spuchnęło, tak dostałem przykładem... ale się zwaliła... ino kopała nogami... jeszcze by nie... z pół garści siekańca dostała w bok... a beczała jucha... ażem się bojał, by nie posłyszał borowy, i dorznąć musiałem...
— W lesie ostała, co? — pytał chłopak rozgorączkowany opowieścią.
— Gdzie ostała, to ostała, nic ci do tego, a powiedz komu choć słowo, to obaczysz, co ci zrobię...
— Kiej przykazujecie, to i nie powiem, a Józi to można?
— Hale, cała wieś by zaraz wiedziała. Naści dziesiątkę, kup se co...
— Nie powiem i tak, ino mnie weźcie kiedy ze sobą, moi złoci, moi...
— Śniadanie! — krzyczała sprzed domu Józka.
— Ino cicho być, wezmę cię, wezmę!
— I dacie mi choć ten raziczek strzelnąć, dacie? Co? — błagał.