— Ale... proch to myśli, głupi, że darmo dają...

— Mam pieniądze, Kuba, mam, jeszcze w jarmarek dali mi gospodarz dwa złote, co je chowam na wypominki, to...

— Dobrze, dobrze, nauczę cię — szepnął i pogładził chłopaka po głowie... bo go tak ujął za serce tym skamleniem.

A w parę pacierzy po śniadaniu już obaj szli do kościoła. Kuba kusztykał raźno, a Witek ostawał się nieco, bo mu markotno było, że to nie miał butów, ino boso szedł.

— A czy to można do zakrystii boso, co? — pytał cicho.

— Głupiś! Pan Jezus ci ta na buty czyje zważa, a nie na pacierze...

— Pewnie że tak, ino w butach to zawżdy przystojniej... — szeptał smutniej.

— Kupisz ty sobie jeszcze buty, kupisz...

— A kupię, Kuba, kupię. Niech ino podrosnę na parobka, to zaraz pojadę do Warszawy i zgodzę się do koni... a w mieście to już wszystkie chodzą w butach, prawda, Kuba?

— Prawda, prawda! — baczysz to jeszcze?