— A co? — zapytał po chwili.

— I... cóż by zaś! — odparł cicho Antek, wsparł się o wasąg, których kilka stało do okucia, i zapatrzył się w ogień.

Kowal pracował tęgo, nagrzewał żelazo raz po raz i kuł, dzwonił do taktu młotem, to pomagał chłopakowi dymać miechem, gdy mocniejszego ognia było potrzeba, a ukradkiem poglądał na Antka i uśmiech złośliwy wił mu się pod rudymi wąsami.

— Byłeś pono u dobrodzieja? No i co?

— A cóż by, nic! W kościele bym to samo usłyszał.

— A chciałeś co innego? — zaśmiał się ironicznie.

— Ksiądz przecie, uczony... — mówił usprawiedliwiająco Antek.

— Uczony, jak wziąć trzeba, ale nie, kiej co dać komu...

Ale Antkowi już się odechciało sprzeciwiać.

— Pójdę do izby — rzekł po chwili.