— Jezu! to z ciebie mechanik! I to się sam tak rucha, co?
— A sam, Józia, ino go kołeczkiem nakręcę, to już se spaceruje kiej dziedzic po obiedzie — o... — odwrócił go, i ptak poważnie a śmiesznie zarazem podnosił długą szyję, podnosił nogi i szedł.
Zaczęli się śmiać serdecznie i bawić się jego ruchami, tylko Józia czasami podnosiła oczy na chłopaka — podziw w nich był a zdumienie.
— Józia! — rozległ się głos Boryny sprzed chałupy.
— A czegój?... — odkrzyknęła.
— Chodzi ino.
— Kiej dojem krowy.
— Pilnuj tu, bo idę do wójta — powiedział, wsadzając głowę do ciemnej obory — nie ma tutaj tego znajdka, co?
— Witka?... ni, pojechał po ziemniaki z Antkiem, bo Kuba miał urżnąć sieczki dla koni... — odpowiedziała prędko i trochę niespokojnie, bo Witek przycupnął za nią ze strachu.
— Ścierwa ten chłopak, to ino pasy drzeć, żeby zmarnować taką krowę — mruczał powracając do izby, gdzie się odział w nową kapotę białą, wyszywaną na wszystkich szwach czarnymi tasiemkami, nadział wysoki czarny kapelusz, okręcił się czerwonym pasem i poszedł drogą nad stawem ku młynowi.