— Leż spokojnie i nic się nie ruchaj, jadła dostaniesz rychło, powiem Józi.
Roch go pogłaskał po twarzy i wyszli z Jambrożym na podwórze.
— Do rana wykipi, uśnie cicho jak ptaszek, bo krew go całkiem odeszła.
— Księdza mu trzeba przywieźć, póki przytomny!
— Kiej ksiądz pojechał na wieczór do Woli, do dziedziców.
— Pójdę po niego, zwlekać nie można!
— Do Woli jest mila, po nocy i przez las nie traficie. Stoją tu gotowe konie ludzi, co mają po wieczerzy odjeżdżać, bierzcie je i jedźcie.
Wyprowadzili konie na drogę i Roch siadł.
— A nie zapominajcie o Kubie, trzeba go przypilnować! — zawołał ruszając.
— Nie ostawię go samego, nie zapomnę.