Nie odrzekł na to, nos ostro wycierał, a prędzej dychał jakoś.
— Józia — rzekł po chwili — klacz postękuje jakoś i pokłada się już od wieczora, pewnie jest na oźrebieniu... trza by przypilnować. Picie jakie narządzić. Jak to se stęka! Biedota kochana, a ja nic nie potrafię pomóc... okrutniem słaby... bez mocy całkiem...
Zmęczył się i zamilkł, i jakby zasypiał.
Józka odeszła spiesznie.
— Cesiu! Ceś, Ceś... — zawołał przytomniejąc.
Klacz zarżała przeciągle i rzuciła się na uwięzi, aż łańcuch zabrzęczał.
— Podjem se choć raz do syta! Dostaniesz, piesku, swoje, dostaniesz, nie skomlij ino...
Wziął się ostro do kiełbasy, ale nie mógł, nie chciało mu się zupełnie, rosło mu w ustach.
— Mój Jezus, tyle kiełbasy, tyle mięsa... a nie mogę... całkiem nie mogę.
Darmo próbował, oblizywał, wąchał, nie mógł, ręka mu opadła bezsilnie, chował więc pod słomę, nie puszczając z garści.