Nie dali się jednak wywieść; siedzieli w rząd, siwi wszyscy, wyschli, wygoleni, równiaki latami, czerstwi jeszcze, choć już starością i pracą przygięci do ziemi, niby te głazy polne omszali; surowi, kwardzi, nieprzystępni a mądrale, to się strzegli wymówić przed czasem i kołowali po miedzach sprawy, jako te zmyślne psy owczarskie, kiedy chcą owce zagnać we wrota.
Aż w końcu Kłąb odchrząknął, splunął i rzekł uroczyście:
— Co tu marudzić i zwlekać; przyślim się dowiedzieć, czy trzymacie z nami?...
— Bez was stanowić nie możem...
— Boć pierwszym we wsi jesteście.
— A rozumu też wam Pan Jezus nie poskąpił.
— I choć przez195 urzędu, a gromadzie przewodzicie...
— Kużden się na was ogląda.
— Ile że o wszystkich krzywdę chodzi.
Powiedział każdy swoje, a przypochlebnie, że Boryna poczerwieniał, ręce rozłożył i zawołał: