Krzyknęła naraz Hanka w sień z taką mocą, że Pietrek w ten mig poleciał w podwórze.
— A przyłóż kulasów i sama se izbę wyporządź!... widzisz ją!... dziedziczka jakaś, rączków se szczędzi, parobkiem się wyręcza! — wołała rozzłoszczona do ostatka wywalając jednocześnie na stół z garnka dymiącą się wątrobę i dutki, gdy jakiś wóz zaturkotał i dzwonek zajęczał na dworze.
— A to ksiądz z Panem Jezusem jedzie do kogoś!... — objaśniał Bylica akuratnie wchodząc do izby.
— Któż by zachorzał? nie słychać było!...
— Za wójtową chałupę pojechali! — krzyknął przez okno zadyszany Witek.
— Ani chybi do któregoś z komorników...
— A może do waszych, do Pryczków, tam ano siedzą...
— Hale! zdrowe były, takim ścierwom nic się złego nie stanie — szepnęła Jagustynka, ale chociaż w niezgodzie żyła z dziećmi, a w ciągłych procesach, zadrżała.
— Przewiem się nieco i zaraz przyletę...
Wybiegła śpiesznie.