— A to nie wiecie?... Stachom rozwaliło chałupę!... cud boski, że ich nie pozabijało! — wrzeszczała już z daleka.

— Jezus Maria!...

Zmartwiała z przerażenia.

— Przyleciałam po was, bo oni tam prosto przez rozumu, płaczą ino...

Hanka, chwyciwszy jeno zapaskę na głowę, w dyrdy pobiegła, ludzie zaś, rychło zwiedziawszy się o nieszczęściu, gęsto ciągnęli za nią.

Jakoż prawda się okazała: z chałupy Stachowej zostały tylko ściany, ino barzej jeszcze pogięte i w ziemię wbite; dachu nie było całkiem, tyle co jakieś nadłamane krokwie chwiały się nad szczytem; komin też się zwalił, że ostał z niego niewielki osztych, kiej ten ząb wypróchniały sterczący; ziemię dokoła zaścielały potargane snopki a rupiecie potrzaskane.

Weronka zaś siedziała pod ścianą na kupie zwalonych rzeczy i ogarniając rękoma rozpłakane dzieci, ryczała w głos.

Przypadła do niej Hanka, ludzie też kołem otoczyli pocieszając, ale nie słyszała nic i nie widziała zanosząc się coraz cięższym szlochaniem.

— O sieroty my biedne, sieroty nieszczęśliwe!... — jęczała boleśnie, że niejednej łzy się puszczały z żalu.

— I gdzie się podziejem nieszczęśliwe? kaj głowy przytulim? kaj pójdziem?!... — krzyczała bez pamięci przytulając dzieci.