A stary Bylica, skurczony i siny kiej trup, obchodził wciąż rumowiska i kury zganiał do kupy, to krowie uwiązanej do trześni kłak siana podrzucał albo przykucał pod ścianą, gwizdał na psa i patrzał na ludzi kiej ten głupi...
Myśleli, że rozum do cna stracił.
Naraz poruszyli się wszyscy, rozstępując a chyląc pokornie do ziemi, bo proboszcz ano nadszedł niespodziewanie.
— Ambroży dopiero co powiedział mi o tym nieszczęściu. Gdzież Stachowa?
Odsłonili ją, w bok się odsuwając, ale ona nic nie dojrzała przez płacz.
— Weronka, dyć sam dobrodziej przyszli! — szepnęła jej Hanka.
Zerwała się wtedy, a spostrzegłszy księdza przed sobą rymnęła mu do nóg wybuchając płaczem jeszcze jękliwszym i barzej zawodzącym.
— Uspokójcie się, nie płaczcie!... cóż poradzić?... wola Boża... no, mówię: wola Boża! — powtórzył, ale tak wzruszony, że sam ukradkiem łzy ocierał.
— Na żebry przyjdzie nam iść, na żebry, w cały świat!
— No, nie krzyczcie, dobrzy ludzie nie pozwolą wam zginąć i Pan Bóg was w czym innym zapomoże. Nie potłukło was? co?