— Bóg jeszcze łaskaw!
— Cud się stał prawdziwy.
— Mogło co do jednego wydusić, jak te gąski Płoszkowej.
— Że i żywa noga mogła nie wyjść! — powiadały jedna przez drugą.
— A w inwentarzu macie jaką stratę? co? W inwentarzu, mówię!
— Bóg jakoś ustrzegł, w sieni było wszystko, a ona w całości ostała.
Ksiądz zażywał tabakę rozglądając łzawymi oczyma tę kupę rumowisk, która jeno ostała z chałupy, boć dach się zwalił do cna i razem z sufitem runął do środka, że przez wygniecione szyby widać było tylko kupy połamanego drzewa i przegniłej słomy z poszycia.
— Macie szczęście, bo mogło wszystkich przygnieść... no, no!
— A niechby przygniotło, niechby nas wszystkich zabiło, to już bym na ten upadek nie patrzała, to już bym tego biedowania i marnacji nie dożyła... O Jezu mój, Jezu! Bez niczego ostałam z tymi sierotami... A kaj się teraz podzieję? co pocznę? — zaryczała znowu drąc się za włosy rozpacznie.
Ksiądz rozłożył bezradnie ręce przestępując z nogi na nogę.