— To one się tak znają! — zdumiała się wielce.
— Cie! jakbyście w lesie siedzieli...
— Skądże to mam wiedzieć?
— A dyć Tereska co tydzień lata do Mateusza i jak pies dni całe waruje pod kryminałem, a zanosi mu, co ino może.
— Bójcie się Boga!... nie ma to swojego chłopa?
— Wiadomo, ale tamten we wojsku, daleko i nie wiada, czy wróci, a kobiecie samej się cni, Mateusz zaś był blisko, na podorędziu, i chłop kiej smok. Cóż to ma sobie żałować?!
Hance przyszedł na myśl Antek z Jagną. Głęboko się zamedytowała.
— A jak Mateusza wzieni, skompaniła się z jego siostrą, z Nastką, nawet siedzi w ich chałupie i razem już do miasta latają. Nastka niby to do brata, a głównie, bych Szymkowi Dominikowej się przypominać...
— Że to wy wiecie o wszystkim! no, no!
— Na oczach głupie szyćko robią, to przejrzeć łacno. Wełniak przedaje ostatni, by Mateuszowi święta sprawić! — szydziła złośliwie.