I tak oto przechodziły godziny cichości sennej i smutnej, niekiej wiater zatrząsł drzewinami, że poszumiały cichuśko ważąc się ku chatom i lękliwie jakby poglądając w puste izby, to wróble stado z wrzaskiem przenosiło się z sadu na drogę albo zaszarpały się krótkie krzyki dzieci, odganiających wrony od kurczątków.
Mój Jezu, nie tak było przódzi w ten dzień, nie tak!...
Słońce się już wspinało ku południowi, nad kominy, kiej Rocho przylazł do Borynów, zajrzał do chorego, pogadał z dziećmi i zasiadł w ganku na słońcu. Poczytywał cosik na książce i bacznie wodził oczyma po drogach. A wkrótce nadeszła kowalowa z dziećmi i odwiedziwszy ojca, przysiadła na przyźbie.
— Wasz w domu? — zapytał Rocho po długiej chwili.
— Gdzie zaś!... do miasta zabrał się z wójtem.
— Cała wieś tam dzisiaj.
— Juści, pocieszą się nieco święconym, chudziaki.
— Wyście to z matką nie pojechali? — pytał Jagny wychodzącej.
— A cóż tam po mnie! — wyszła w opłotki spoglądając tęsknie na pola.
— Nowy wełniak ma dzisiaj! — szepnęła z westchnieniem Magda.