— Któż to taki wiedzący powiadał?
— A różni mówili w kościele! Kozłowa zbiera się iść prosić dziedzica...
— Głupia, dziedzic to ich więzi czy co?
— Bych się wstawił, to może by puścili...
— Wstawiał się już nieraz i nie pomogło...
— Żeby ino chciał, ale nie chce przez złość la Lipiec, mój powiada... — urwała nagle pochylając zmieszaną twarz nad dziecińską głową, trzymaną między kolanami, że Rocho na próżno czekał jakiegoś słowa.
— Kiedyż się tam Kozłowa wybiera? — pytał ciekawie.
— A zaraz po południu iść mają...
— Tyle wskórają, co się przelecą i powietrza innego zachwycą.
Nie odrzekła, gdyż w opłotki skręcał z drogi pan Jacek, dziedziców brat, o którym powiadali, że głupawy był nieco, bo zawżdy ze skrzypkami się nosił, na rozstajach pod figurami grywał i tylko z chłopami przestawał. Szedł przygięty ze skrzypicą pod pachą, z fajeczką w zębach, chudy, wysoki, z żółtą bródką i rozbieganymi oczyma. Rocho wyszedł naprzeciw. Musieli się znać, bo poszli razem nad staw i długo tam siedzieli na kamieniach, cosik cicho poredzając, że już dawno przedzwonili południe, kiej się rozeszli. Rocho wrócił na ganek, ale był jakiś osowiały i markotno patrzał.