Wybiegł wraz z sołtysem, a Hanka wpierając oczy w kowala rzekła:
— Przyjdą opisywać, to im rozpowiecie wszystko, Michale.
Skubał wąsy i wbił ślepie w dzieciaka, niby się to mu przypatrując.
— Cóż to im powiem? tyla, co i Józka poredzi!
— Dzieuchy przeciek do urzędników nie wyślę, nie przystoi, a powiecie, że ile wiadomo, z komory niczego nie wynieśli, czy zaś co inszego nie zginęło, to już... Bogu jednemu wiadomo... i... — strzepnęła pierzynę pokaszlując, by nie pokazać mu twarzy szydliwej, ale on się jeno ciepnął i wyszedł.
— Świędlerz jucha! — prześmiechnęła się leciuchno.
— Że krótkie były, to się jeszcze urwały! — narzekał Jambroż po czapkę sięgając.
— Józka, urżnij im kiełbasy, niech se chrzciny w domu przydłużą.
— Gęś to jestem, bym suchą kiełbasę ćkał?
— Podlejcie se gorzałką, byście nie wyrzekali.