— Jakże, przeciech kuropatwy to koszerne?... — zdumiał się.

— Niech Kubę głowa o to nie boli... niech tylko przyniesie dużo, a za każdą dostanie zaraz do ręki po dziesiątce. Asencję postawię na zgodę, co?

— I po całym dziesiątku Jankiel zapłaci?...

— Moje słowo nie ten wiatr. A za te sześć... to Kuba miałby nie dwa półkwaterki czystej, a cztery z arakiem i śledzia, i bułkę, i paczkę machorki... rozumie Kuba?...

— Juści... cztery półkwaterki z arakiem i śledzia... i... juści, nie bydłem przeciech, to miarkuję... rychtyk prawda! Cztery półkwaterki z harakiem... i machorka, i bułków... i całego śledzia... — Mroczyła go już wódka i nieco rozbierała.

— Przyniesie Kuba?...

— Cztery półkwaterki... i śledź... i... Przyniesę... Cie, żebym to miał strzelbę... — ozwał się przytomniej i jął znowu obliczać — kożuch na ten przykład z pięć rubli... buty by się zdały... ze trzy ruble... ni, nie chwaci... a kowal by chcieli z pięć rubli za fuzję... tyla co od Rafała... ni... — myślał głośno.

Jankiel zrobił szybkie obliczenie kredą i szepnął mu cicho do ucha:

— Zastrzeliłby Kuba sarnę?...

— Ale, z pięści nie zastrzeli, a z fuzji to bym juchę ustrzelił...