Nikto jej o Antku nie powiedział, ale domyśliła się łacno wszystkiego z półsłówek i z tego, co Hanka wyprawiała. Poniesła i ją ta wiadomość i rozkołysała jakąś radosną, cichą nadzieją, że nie bacząc na nic poleciała do matki.
Nie w porę przyszła, trafiając akuratnie na srogą kłótnię.
Szymek bowiem zaraz po śniadaniu zasiadł pod oknem z papierosem w zębach, strzykał śliną na izbę, długo medytował, długo się ważył spoglądając na brata, aż w końcu rzekł:
— A to, matko, dajcie mi pieniędzy, bo na zapowiedzie muszę zanieść. Ksiądz pedział, bych przed nieszporami przyjść na pacierze.
— Z kimże się to żenisz? — spytała z urągliwym prześmiechem.
— Z Nastusią Gołębianką.
Nie odezwała się, krzątając się pilnie kole garnków i komina. Jędrek podkładał drewek i choć się ogień buzował, dmuchał w niego ze strachu, zaś Szymek przeczekawszy z pacierz ozwał się znowu, jeno jakoś pewniej:
— Całe pięć rubli mi dacie, bo i zmówiny trza wyprawić...
— Posyłałeś to już z wódką, co? — pytała tak samo.
— Chodził Kłąb z Płoszką.