Mateusz stanął niepewny i wielce skłopotany.
Płacz ją chwycił, łzy jak groch sypnęły się po rozognionej twarzy.
— Taką krzywdę mi zrobił... tak me spoił... a nikto się za mną nie upomni... nikto się nie ulituje, a wszyscy na mnie bij zabij! Cóżem to winowata?... co? — skarżyła się z boleścią.
— Ja mu, ścierwie, odpłacę! — wybuchnął podnosząc pięście.
— Odpłać, Mateusz! Odpłać, a ja już ci... — przywtórzyła zawzięcie.
Już się nie odezwał, jeno poleciał ku kościołowi.
Długo jeszcze siedziała nad stawem rozmyślając o Mateuszu, że może się za nią ujmie, a krzywdzić nie pozwoli.
— A może i Antek — przyszło jej naraz do głowy.
Powróciła do domu, pełna cichych i radosnych przeczuć.
Dzwony zaczęły bić, naród wychodził z kościoła, zaroiły się wnet drogi a rozgłośniały turkotami wozów i rozmowami, śmiechy dzwoniły w powietrzu, szli całymi kupami, postając niekiej przed opłotkami, tylko przed chałupą Dominikowej ludzie jakoś cichli, spoglądali na siebie i przechodzili z zasępionymi twarzami; nawet nikt nie zajrzał do chorej.