Przyjechało też paru księży z drugich865 parafii, zasiedli zaraz w konfesjonałach pod drzewami słuchać spowiedzi, nie bacząc zgoła na tłok ni na spiekę866.
A wiater867 był całkiem ustał868 i gorąc869 podnosił się już nie do wytrzymania, żywy ogień lał się prosto na głowy, ale naród cierpliwie gniótł się przy konfesjonałach i roił po smętarzu870, na darmo wyszukując cienia lub jakiej bądź osłony.
Proboszcz był właśnie wychodził871 ze mszą, kiej dopiero Hanka z Józką nadeszły, ale że nie sposób się było docisnąć choćby nawet do drzwi kościelnych, to stanęły na szczerym słońcu pod parkanem, rozglądając się w ciżbie, a Pochwalonym witając znajomków.
Zaraz też huknęły organy i zaczęła się suma, przyklękli wszyscy, poprzysiadali a jęli się872 żarliwie pacierzy.
Rychtyk873 i południe stanęło, słońce zawisło prosto nad głowami, lejąc warem874 straszliwym i wszystko jakby pomdlało z onej875 spieki876, że ni liść nie zadrgał, ni ptak przeleciał, ni jaki bądź głos powiał z pól. Niebo wisiało w martwej cichości kiej877 ta szklana tafla rozpalona do białego, a roztrzęsione niby wrzątek powietrze ślepiło878 wyżerając oczy. Parzyła ziemia, parzyły rozgrzane mury, że klęczeli bez ruchu, ledwie już zipiąc i jakby się z wolna gotując w tym ukropie słonecznym.
Naród się modlił w głębokiej cichości, kto na książce, kto na różańcu, a kto jeno879 tym szczerym słowem Boga chwalił i wzdychem880 serdecznym. Uroczyste głosy organów lały się brzękliwym, rozmodlonym pacierzem, a niekiedy śpiew buchał od ołtarza, czasem zajazgotały dzwonki, a czasem zahuczał grubachny głos organisty, zaś potem ciągnęły się długie, jakby oniemiałe z żaru chwile i dymy kadzideł płynęły przez wywarte881 drzwi kościoła oprzędzając w niebieskawą i wonną mgłę pochylone głowy klęczących.
Szmer pacierzów rozdzwaniał się nikłym i sypkim chrzęstem w rozbielałej ciszy gorącego przypołudnia i grały w słońcu barwiste chusty, kapoty i wełniaki, że cały smętarz widział się kieby882 przytrząśnięty883 kwiatami, co się chyliły kornie w onej świętej godzinie przed Panem, jakoby utajonym w tym słońcu rozgorzałym i we wszystkiej cichości świata...
Że tylko niekiedy co tam ktoś grzbiet prostował, rozwodził884 ręce i wzdychał głęboko, to gdziesik885 zapłakało dziecko albo kwik koński roznosił się od wozów.
Nawet dziady pocichły, tyle jeno886, co poniektóry przez śpik887 wyrywał się niekiej888 z głośniejszym Zdrowaś i o wspomożenie zaskamlał.
A upał jeszcze się wzmagał i tak prażył, jaże889 pola i sady zalane pożogą rozżarzyły się kiej890 ogień migocąc białawymi płomieniami.