W karczmie już była ciasnota i gorąc nie do wytrzymania. W głównej izbie tłoczyło się wiela1038 różnego narodu, przepijając a gwarząc, zaś w alkierzu1039 zebrali się co młodsi z lipeckich, z kowalem i Grzelą, wójtowym bratem, na czele. Przyszli też i poniektórzy gospodarze, jak Ptaszka, sołtys, Kłąb i Adam, stryjeczny Borynów, a nawet się wcisnął Kobus, choć go nikto nie zapraszał.

Kiedy Mateusz wszedł, właśnie był Grzela prawił gorąco i kredą cosik pisał po stole.

Szło o zgodę z dziedzicem, któren obiecywał za morgę lasu dać chłopom po cztery na podleskich polach, a drugie tyle ziemi puścić na spłaty; chciał nawet borgować drzewo na chałupy.

Grzela wykładał wszystko podrobnie1040 i kredą znaczył, jak by się to podzielili ziemią i co by wypadło na każdego.

— Dobrze rozważcie, co mówię! — wołał — sprawa czysta jak złoto.

— Obiecanka cacanka, a głupiemu radość! — mruknął Płoszka.

— Szczera prawda, nie obiecanki. U rejenta wszyćko1041 nam odpisze. Weźta1042 ino sobie dobrze do głowy! Tylachna1043 ziemi la1044 narodu. A toć każdemu w Lipcach wykroi się nowa gospodarka. Miarkujta1045 ino1046 sobie...

Kowal raz jeszcze powtórzył, co mu był kazał dziedzic powiedzieć.

Wysłuchali uważnie, ale nikto się nie ozwał, patrzeli jeno w te białe krychy na stole i głęboko deliberowali1047.

— Prawda, sprawa kiej złoto, ale czy na to komisarz pozwoli? — ozwał się pierwszy sołtys, orząc frasobliwie1048 pazurami po kudłach.