— Janka! jak się masz? jak się masz Jędruś? — wyciągnął do niego rękę i uścisnął.
— Jakże się ojciec czuje?
— Ślicznie! kropnąłem na Miecia taki raporcik, że pięć rubli zapłaci, jak amen w pacierzu. Przysięgam Bogu, że musiałem; sam służysz, to rozumieć powinieneś, że zwierzchnik jest stróżem i wykonawcą przepisów i poleceń — mówił, jakby do Miecia.
— Nie brakuje niczego ojcu?
— Mnie nie, tylko — zniżył głos — Miecio jest gałgan, zły urzędnik, niedbały, czasem się upija, przysięgam Bogu, wczoraj poczułem, że pije wódkę; ale widzisz, skarżył mi się, że jeść mu się chce czasem. Złożyłem o tem raport! Narzekał, że mu twardo spać; kropnąłem protokuł, bo to już dyrekcja winna! Swoją drogą napiszę trzeci. Tak. Dobrze mi jest, tylko tu, przez ścianę, ciągle ktoś krzyczy; posłałem Miecia, żeby się dowiedział, kto taki; przychodzi i powiada, że tam warjaci siedzą. Co za warjaci? Warjaci! ha! ha!
— Zaraz po ślubie, to ojca przewieziemy do nas, do Krosnowy — przerwał mu Andrzej.
— Krosnowa! co to takiego? Mieciu, Krosnowa! o!
— Ojciec nie pamięta, parę wiorst przecież od Bukowca.
— Bukowiec? Nie znam i Miecio nie zna. Nie było nigdy żadnego Bukowca — rzekł stanowczo. — Nie, nie.
— Ojcze, przyjechaliśmy prosić o błogosławieństwo, bo za kilkanaście dni nasz ślub.