Nie mogła bez trwogi przestępować tych strasznych progów. Szła, patrząc z przerażeniem po długich, nagich, zimno białych korytarzach, pociętych oknami silnie zakratowanemi; z oddali dochodziły przytłumione nieco ryki jakieś ludzkie i rozlegały się ciężkiem, hucznem echem.
— Po tygodniu zwarjowałabym tutaj.
— I na mnie działa ogromnie. Tutaj zawsze myśl o śmierci przychodzi w całej swojej przerażającej grozie i potem mnie prześladuje długo.
Weszli do celi ojca. Orłowski w długim szlafroku, na który naciągnął mundur dawny, siedział przy stole, zarzuconym papierami i pisał.
Gdy weszli, podniósł na nich swoją straszną twarz i czerwone oczodoły.
— Zaczekać! kasę zaraz otworzą!
Ciągle pisał raporty i załatwiał czynności służbowe, a czasami chodząc, dyktował Mieciowi. Dostarczano mu całe góry papieru, które, pomimo ślepoty, zapisywał.
— Panie Mieciu, czas kasę otworzyć! — zawołał, podnosząc się. Przeciągnął się, zdjął z głowy czerwoną czapką, włożył zwyczajną z czerwonemi wypustkami, stanął przy długim stoliku, stojącym poprzecznie do drzwi, nachylił się nad nim takim ruchem, jakby dawnem okienkiem kasy wyglądał, zatarł ręce i czekał.
Janka pocałowała go w rękę, nie mogąc słowa powiedzieć, bo dusiły ją łzy.
Nachylił się wbok, szeptał coś pocichu i dopiero powiedział: