— A to miodu córko ci przyniesłam, podebrali dopiero pszczółkom, może zjesz?
— Dziękuję mamie serdecznie. — Ucałowała ręce gorąco, taką czuła potrzebę zbliżenia się do ludzi.
Stara łzy miała w oczach z radości.
— Jedz, dzieciątko, taki czysty jak bursztyn. Banach podbierał, a ja se myślę: siedzi tam sama, wezme miodu i zaniese. Jedz, córko, słodziutki jest, bo to lato było suche, i kwiateczki dobrze kwitły; wzięłam i przyniesłam.
— Wie mama co? wezmę ten miód i zaniosę Andrzejowi na pole! — zawołała i, porwana myślą, okryła talerzyk jakąś serwetką, i poszła.
Andrzej był na polach zaraz za parkiem, stał na koniu przy młockarni parowej, buchającej kłębami brudnego dymu, zobaczył żonę idącą przez ściernisko i skoczył do niej galopem.
— Jakaś ty dobra, żeś przyszła, jakaś dobra! — wołał głęboko uradowany, okrywając jej ręce i twarz pocałunkami.
— Widzisz, tak mi było jakoś pusto i samotnie, a potem mama przyniosła miód, może będziesz jadł, co? — zapytała nieśmiało, odsłaniając talerzyk.
— O moja najdroższa, o moja kochana! nigdym jeszcze nie czuł się tak szczęśliwym. Umyślnieś mi przyniosła? — nie mógł uwierzyć.
— Ależ tak, będziesz jadł?