— Chcesz, to zjem i talerzyk, i serwetkę nawet! — wykrzyknął entuzjastycznie.
Oparł się o konia i jadł pośpiesznie, a całował ją oczyma i śmiała mu się twarz i dusza z przypływu radości ogromnej i niespodziewanej.
— Te! chamie jeden! uważaj, bo batem dostaniesz! — krzyknął na fornala, wiozącego zboże do młockarni, który nieomal nie wywrócił na przegonie.
— Jeśli masz czas dzisiaj, to możebyśmy pojechali do Witowskich?
— Jedź sama zaraz, przyjadę po ciebie wieczorem, dobrze?
— Nie możesz teraz jechać?
— Widzisz, młócą pszenicę, to ważna taka robota, ale jeśli już tak koniecznie chcesz razem, zaczekaj trochę.
Miała się już zgodzić na to, ale w ostatniej chwili powstrzymała się i szepnęła:
— Pojadę, mogę pojechać i sama, ty przyjedziesz?
— Przyjadę! Walek, odgarniać słomę prędzej! — krzyknął znowu.