— Poco jest wszystko — aby było.
Zajrzeli sobie w oczy, tak samo prawie, jak wtedy, przed wyjazdem do Włoch.
Jankę oblał rumieniec, odwróciła głowę, a Witowski zaciął usta i trzaskał szpicrutą po butach i jakaś nagła, ostra złośliwość przejęła mu duszę. Pragnął, potrzebował drwić.
— Idzie pan do nas? — mówiła, kiedy już szli.
— Nigdzie nie idę, idę z panią. — Odsunął się nieco i patrzył długo na nią.
Była dzisiaj przepiękna na tle pól zabłękitnionych i zórz purpurowych.
W oczach miała roztęsknienie, zadumę i jakąś tajemniczość, jak te pola, co pod lasami okrywały się już mrokiem.
— Wygląda pani niby Gioconda Lionarda.
— To jest?
— Dziwnie pięknie, za pięknie — dodał ciszej.