— Widzę, że z panią przegram.

— Trzeba się bronić.

— No, kiedy już nie widzę wyjścia.

— Trzeba się nie dać, bronić do upadłego, walczyć.

— Zosiu! nalej mi herbaty! — zagrzmiała Osiecka, uderzając pięścią w stół.

— Gramy dalej, posuwałam ostatnia, teraz na pana kolej — powiedziała Zosia, podawszy herbatę.

— Kuzynka chora, prawda? — zapytał Staś, ze współczuciem patrząc na Tolę, która bladą, schorzałą twarz oparła na poręczy krzesła i drzemała.

— O, to bardzo nieszczęśliwa, bardzo nieszczęśliwa! — szepnęła Zosia i pochyliła się nad warcabami, aby ukryć łzy; musnęła włosami czoło Stasia. Cofnął się, zmieszany i drżący. Grali w milczeniu. Amis siedział przy nich i rozumnemi oczyma wpatrywał się w Zosię, która co chwila głaskała go i dawała po sucharku.

Zegar cykał monotonnie, i w okna uderzał wiatr, a chwilami z obór i z chlewów dochodziły głosy stad i żórawie u studzien skrzypiały przeraźliwie. Cisza senna i nuda panowały w mieszkaniu.

Osiecka wykręciła się bokiem do lampy, oparła o stół, aż trzeszczał, i pochylona nieco nad skręconym we dwoje Świerkoskim, któremu tylko oczy błyskały dziwną żółtością, opowiadała ciągle; musiała wspominać ś. p. męża, bo po kilka razy wyciągała chustkę z rękawa, aby obetrzeć oczy, ale zapominała i mówiła znowu.