— O, wygląda pani prześlicznie — rzekł, z zapałem.

Wydał się jej głupim z tym banalnym komplementem; spojrzała na niego ostro.

— Może za prędko idziemy, pani się zmęczy!...

— Nie, lubię chodzić prędko.

— Przyślę w niedzielę państwu swoje konie, dobrze?

— Dziękuję, ale ojciec już zamówił w Zielonce — odpowiedziała i z pewną przyjemnością zauważyła, że sprawiła mu tą wiadomością przykrość.

— Odwiedzi pani mamę?

— Może... — powiedziała wolno, cofając trochę głowę, bo pochylił się ku niej zbyt blisko, odsunął się zmieszany, bo uderzyła go oczyma, niby szpicrutą, aż pokręcił wąsów z zakłopotania. Weszli do mieszkania, ponieważ Orłowski był, zostawiła mu Andrzeja, a sama poszła do saloniku i po raz pierwszy po chorobie zagrała jakiegoś marsza, ze wściekłą brawurą.

Grzesikiewicz patrzał otwartemi drzwiami na nią, nie mógł jej dzisiaj poznać. Wczoraj była taka dobra, słodka, cicha, a dzisiaj!!! Co się tu stało? — zapytywał siebie z niepokojem. Przestała grać i wzięła udział w rozmowie, ale ton jej głosu był niby stal, ostry i zimny.

— Wie pan, spotkałam Witowskiego na cmentarzu.