— Mówił mi ojciec, że panią widział jadącą za pogrzebem. Jakże się pani podobał?
— On, taki sobie, ale Witowska prześliczna kobieta.
— Także nie mniejsza warjatka, niźli jej brat.
— Dlaczego? — zapytała szorstko; nie cierpiała tego drwiącego tonu, jakim mówił o Witowskich.
— Pierwsze, że się jej zdaje, iż ślepnie.
— Niedość na tem; musi być tego pewna, skoro tak twierdzi, a zresztą samo zdawanie się jest cierpieniem.
— I... bogata! głowa przewrócona, brak jej zajęcia i wymyśla sobie różne urozmaicenia.
— Ale co to przeszkadza komu, co robi? — zapytała dosyć niegrzecznie. — Co pan nazywa przewróconą głową? — zapytała prędko rozrumieniona irytacją.
— Mogła wyjść zamąż, nie chce; urządziła połowę pałacu zupełnie na sposób klasztorny i, niby mniszka, spędza dnie całe na modlitwie; założyła ochronę dla zwierząt, he! he! he! bardzo ładna menażerja!
— To są jej osobiste, dajmy na to, wady, ale co pan wogóle nazywa przewróconą głową?